Dni coraz dłuższe, ale pogoda wciąż iście jesienna. Będę musiała pogodzić się z faktem, że nie uda mi się zapisać na żaden kurs gotowania. Niestety żaden nie jest organizowany w czasie, gdy jestem w Nottingham. Kurs był jednym z moich planów na to, by mój pobyt w Wielkiej Brytanii zapisał się w mojej pamięci nie tylko pod względem edukacyjnym.
Na razie muszę się zadowolić tylko kanałem telewizyjnym „Good Food” i swoimi dobrymi chęciami. Razem w jednym ze współlokatorów upiekliśmy wczoraj ciasteczka. On sam znalazł w internecie przepis na polskie ciasteczka migdałowe. Podeszliśmy kreatywnie do zadania i zamiast posłużyć się gotowymi foremkami, wycinaliśmy wzory nożykiem. Stworzyliśmy więc historię o George’u i Rosie, ich życiu i domu, historię niestety bez happy endu, gdyż pod koniec pojawiły się dwa potwory, które zniszczyły ich dom i zjadły im głowy.
Poza tym razem z inną asystentką Comeniusa, która pracuje w Nottingham, zwiedzamy miasto, na przekór pogodzie. Niedzielne popołudnie to czas na moje jak dotąd ulubione miejsce w tym mieście, czyli Wollaton Hall z przepięknym elżbietańskim, więc XVI-wiecznym zamkiem. Zostałam też fanką kina „Screen Room” – najmniejszego kina w Europie. W środku jest tylko 21 siedzeń i przepyszne ciasto marchewkowe w waniliową polewą za 1 funta.




Ciasteczkowe potwory!
Hej Basiu!
Bardzo rozbawiła mnie historia o ciasteczkach :) Były smaczne? Przykro mi jedynie, że pogoda nie dopisuje, u mnie we Włoszech już wiosna pełną gębą i zaczyna robić się naprawdę ciepło :) Pozdrawiam serdecznie!
Hej Elu, były bardzo dobre,
Hej Elu, były bardzo dobre, chociaż tak pochłonęło nas zjadanie pierwszej porcji, że druga blacha się trochę przypaliła... Dlatego też zdjęć Rosie i jej zwierząt nie zamieściłam. Ale na szczęście przypiekły się tylko trochę za mocno, więc też były smaczne. Pozdrawiam ciepło z wciąż deszczowego Nottinghamu.