Wróciłam z Edynburga trochę chora na ciele, ale wypoczęta psychicznie. Najbardziej cieszę się z rozmów z innymi asystentkami. Rozmowy te bardziej i mniej oficjalne pomogły mi nabrać dystansu do pracy i uwierzyć w siebie.
Zauważyłam co mogłabym poprawić, by jeszcze bardziej skorzystać z pobytu tutaj. Spisałam też kilka nowych pomysłów na zajęcia. Prelekcje, które przygotował British Council nie wniosły niczego nowego, no, może przypomniały o kilku ważnych rzeczach. Tym większy podziw mam dla polskiej Narodowej Agencji – lipcowe spotkanie było bardzo profesjonalne i zawierało w zasadzie wszystkie potrzebne informacje.
A samo miasto? Koniecznie muszę tam wrócić! Jest to miasto, które trzeba nagrać – kobzy słychać wszędzie – niestety muzyka ta jest czymś w rodzaju kobza polo. Zwiedziłam Muzeum Dzieciństwa i National Gallery. Miejsca mniej lub bardziej turystyczne znajdowały mnie same, jak pomnik szkockiego psa Bobby’ego, równie wiernego jak Dżok w Krakowie, czy przytulna kawiarenka „The Elephant House”, w której schroniłam się przed deszczem, która reklamuje się jako miejsce narodzin Harry’ego Pottera. O dziwo, ja – fanka scottish shortbread fingers – nie spróbowałam tam ani jednego kawałka! Zjadłam za to tony fudge (coś w rodzaju naszej krówki) i trzech innych narodowych potraw i nie mogę się nadziwić, że mają tyle wspólnego z polskim jedzeniem.





Ostatnie odpowiedzi
3 tygodnie 4 dni temu
6 tygodni 2 dni temu
8 tygodni 2 dni temu
9 tygodni 1 dzień temu
9 tygodni 1 dzień temu
9 tygodni 1 dzień temu
9 tygodni 4 dni temu
10 tygodni 1 dzień temu
10 tygodni 5 dni temu
10 tygodni 6 dni temu