28 lutego 2010 - Induction Meeting, czyli kobzy, fudge i deszcz

Wróciłam z Edynburga trochę chora na ciele, ale wypoczęta psychicznie. Najbardziej cieszę się z rozmów z innymi asystentkami. Rozmowy te bardziej i mniej oficjalne pomogły mi nabrać dystansu do pracy i uwierzyć w siebie.

Zauważyłam co mogłabym poprawić, by jeszcze bardziej skorzystać z pobytu tutaj. Spisałam też kilka nowych pomysłów na zajęcia. Prelekcje, które przygotował British Council nie wniosły niczego nowego, no, może przypomniały o kilku ważnych rzeczach. Tym większy podziw mam dla polskiej Narodowej Agencji – lipcowe spotkanie było bardzo profesjonalne i zawierało w zasadzie wszystkie potrzebne informacje.

28.02_induction_meeting_0.jpg

28.02_IM_mapa_0.jpg

A samo miasto? Koniecznie muszę tam wrócić! Jest to miasto, które trzeba nagrać – kobzy słychać wszędzie – niestety muzyka ta jest czymś w rodzaju kobza polo. Zwiedziłam Muzeum Dzieciństwa i National Gallery. Miejsca mniej lub bardziej turystyczne znajdowały mnie same, jak pomnik szkockiego psa Bobby’ego, równie wiernego jak Dżok w Krakowie, czy przytulna kawiarenka „The Elephant House”, w której schroniłam się przed deszczem, która reklamuje się jako miejsce narodzin Harry’ego Pottera. O dziwo, ja – fanka scottish shortbread fingers – nie spróbowałam tam ani jednego kawałka! Zjadłam za to tony fudge (coś w rodzaju naszej krówki) i trzech innych narodowych potraw i nie mogę się nadziwić, że mają tyle wspólnego z polskim jedzeniem.

28.02_fudge_0.JPG

28.02_pies_0.jpg